Ludzie pojawiają się i znikają.
Kochają i nienawidzą.
Wiążą ich zażyłości, problemy, sukcesy, porażki - można mnożyć przykłady.
Dzielą ich poglądy, różnice charakterów etc...
Wszystko to życie.
Normalne, zwykłe.
Upadamy i podnosimy się.
Zaśmiewamy się do łez i łzami zalewamy się ze smutku.
Cierpimy - najczęściej samotnie, w ciszy.
Radujemy się wspólnie i głośno.
Żyjemy - można powiedzieć - razem, obok siebie - ale odrębnie.
Zależy to od naszych charakterów, od naszych potrzeb.
To tak, jak ze szklanką do połowy pełną - czy pustą...
Optymista widzi inaczej, inaczej spocznie na niej wzrok pesymisty.
Obserwujemy.
Analizujemy.
Domniemamy.
Wyciągamy wnioski.
Ale nie róbmy tego jedynie w jedną stronę...
Widzimy innych, ale inni widzą nas!
Zapominamy...?
Nie wolno nam bezustannie skupiać uwagi jedynie na sobie. Potrząsać sumieniami innych na tyle, by poczuli się niezręcznie.
Nie powinniśmy znajdować wciąż nowych powodów, by zaciskać pętle na szyjach znajomych, przyjaciół - pełznąć po ich ciałach i jak boa - dusić swe ofiary.
To nieznośne.
Nie do przyjęcia.
Bez poczucia smaku i bez wyznaczenia sobie granic przyzwoitości w traktowaniu bliźniego.
Może warto czasem kogoś posłuchać... A warto!
Nie zawsze wewnętrzny głos podpowiada nam prawidłowe rozwiązania, warto czasem zrobić przeciąg i wpuscić do czaszki trochę świeżego powietrza. Bez względu na wykształcenie czy wiek...
A może właśnie przez wzgląd!
Jak to wygląda, kiedy najpierw tak rzadko mówimy o innych, o ich problemach - ba, nie zauważamy ich, pomijamy.
Puszczamy w eter jakieś chore slogany...
Pełne głupawych frazesów, wysublimowanych słów, które niestety nie załatwiają treści. Depczemy uczucia osób, które są nam przychylne, po czym - jak gdyby nigdy nic - zaczynamy czegoś wymagać, oczekiwać, wręcz upominać się "o swoje".
I nie dziwiłabym się dzieciom w piaskownicy, na pobliskim podwórku, ale osoby dojrzałe - hmm, może dorosłe lepiej zabrzmi.
Bo o jakiej dojrzałości można tu mówić?
Kiedy rozchwianie emocjonalne uwydatnia swój jęzor i liże, śliniąc wszystko wokół.
Antydepresanty, wizyta u specjalisty, mocne postanowienie poprawy - bezcenne!
Że też zawsze znajdą się tacy, którzy nakręcą spiralę, podgrzeją atmosferkę, zamieszają w kotle - po czym czują się jeszcze pokrzywdzeni...
Żałosne!
Zwykle są skłonni złorzeczyć i pomstować na innych.
Ktoś ich zawodzi, ktoś opuszcza, pomija, niedostrzega, lekceważy, uraża etc...
Zawsze są na skraju - albo radosci, albo smutku - ze skrajności w skrajność.
Oślepieni - własnym ego - nie dostrzegają - ani dobrego słowa, ani gestu - niczego!
To męczące!
Kulturalni, taktowni - nie mówią im o tym - milczą, ale i milczenie potrafi być wymowne... Załatwiają sprawę kwitując delikwenta zdawkowym komentarzem, pobłażliwym spojrzeniem, westchnieniem.
A w duszy im gra: BASTA! ; Natręcie - pozwól żyć!
Po co to wsztstko?
Dorosły człowiek w "słusznym" wieku, ma już swoje miejsce na ziemi [przynajmniej powinien], swoje pasje, Przyjaciół i wypchaną po brzegi walizę doświadczeń.
Nie mierzi go byle słowo, byle pusty gest, byle co...
Chyba, że jest się zadufanym w sobie "po kokardy" sobkiem, to owszem - wtedy rozumiem.
Do czego prowadzi taka gra?
Czemu takie postępowanie ma służyć?
Kogo zdeklasować, a kogo wynieść na piedestał?
Czy ma na celu "wyniszczenie" tych, którzy nie dają się zwyczajnie wkręcać w owe gierki?
Czy może "zawłaszczenie" tych, którzy pogłaszczą po raz enty...?
Tak czy siak - trzeba mieć niezły tupet!!!
Bo ileż można epatować własną osobą...!